Subiektywny felieton o przekleństwie nadmiaru: dlaczego sto wniosków o informację publiczną i puste interpelacje nie zastąpią strategii - i jak AI zamienia realną presję w eventowy teatr pozorów.
Spis treści
Disclaimer: Piszę to jako ktoś, kto sam regularnie przygląda się działaniom aktywistów i NGO-sów w Łodzi. Nie chodzi mi o zniechęcanie do aktywności, tylko o zwrócenie uwagi na pewien mechanizm: wiele działań, które wyglądają na presję, w praktyce pełni funkcję wentyla bezpieczeństwa – rozładowuje napięcie, generuje widoczność, ale nie narusza rzeczywistych mechanizmów decyzyjnych.
Nie chciałbym zniechęcać rozpalonych głów krytyką aktywizmu jako takiego. Mam po prostu spaczone, biznesowe nastawienie – liczą się efekty. Oczywiście doceniam aspekt networkingowy i mobilizujący niektórych działań. Niektórzy czytelnicy pamiętają moją analizę interpelacji poselskiej dotyczącej protokołu ActivityPub. Pokazywałem wtedy, że interpelacja na zasadzie „sztuka dla sztuki”, bez analizy ryzyk i urealnienia, jest pusta. Dzisiaj nikt nie pamięta interpelacji, a tym bardziej mojej bardzo zaangażowanej krytycznej analizy.
Interpelacje bez ciągu dalszego
Zupełnie nie rozumiem, jaki efekt ma przynieść interpelacja, która nie ma swojego finału. Z tego co obserwuję, bardzo wiele takich działań służy przede wszystkim zebraniu polubień od bańki followersów, którzy w komentarzach fantazjują, ile ta interpelacja „wniesie” i „jak zmieni system”… a częściej po prostu „ale im dowalił/a”.
Drugim problemem jest to, że zwykli ludzie są już całkowicie znieczuleni na kolejne wpisy o rozwalonych chodnikach, nasadzeniach czy RODO. Kolejne interpelacje i petycje giną w szumie. Kto normalny spoza bańki chciałby się w tym babrać? Widząc ten zalew pism, zwykły obywatel odnosi wrażenie, że urząd „sprawnie odpowiada”, a fakt, że milczy w sprawach naprawdę ważnych, całkowicie mu umyka. Trudno mu też ocenić, czy milczenie wynika z czegoś do ukrycia, czy po prostu z fizycznego zapchania urzędu tsunami nieprzemyślanych wniosków.
Warto więc zadać sobie pytanie: po co tak naprawdę drążymy temat? Często, jeśli jesteśmy wobec siebie szczerzy, okazuje się, że stoi za tym WIELKIE NIC. A może coś gorszego – nasze własne samozadowolenie.
Mamy pozornie ważne informacje. Urząd odpowiada ilościowo, a reglamentuje jakościowo
Dobrym przykładem jest sytuacja w Łodzi. W 2025 roku radni złożyli 515 interpelacji. Urząd Miasta z satysfakcją poinformował, że odpowiedział na 513 z nich, w tym 400 w ustawowym terminie. To piękne cyfry – cytuję za łódzką „Wyborczą”.
W praktyce jednak radni skarżą się na systematyczne utrudnianie dostępu do informacji. Kosma Nykiel, radny niezrzeszony, pytał m.in. o harmonogram przeprowadzki wydziałów magistratu do nowej siedziby przy ul. Wólczańskiej. W odpowiedzi sekretarz miasta Wojciech Rosicki napisał, że „kwestie związane z organizacją wewnętrzną, strukturą oraz logistyką przestrzenną urzędu (…) stanowią domenę i wyłączną kompetencję organu wykonawczego” i poradził radnemu „powstrzymanie się od kierowania kolejnych zapytań w tym obszarze”.
Podobnie wyglądała próba wglądu w dokumenty dotyczące inwestycji w Lesie Łagiewnickim – Nykielowi odmówiono dostępu na miejscu i wyznaczono termin „za kilka dni”. Sam radny skomentował to dosadnie:
„Wyjęcie dokumentów z segregatora w szafie zajmuje maksymalnie półtorej minuty. Przesłanie gotowego zestawu dokumentów na maila zajmuje może 5 minut. Ciężko ufać zapewnieniom o dobrych intencjach w przypadku tej inwestycji, jeśli radny ma problem z dostępem do podstaw wykonywania mandatu radnego.”
Źródło: Alicja Zboińska, „Urząd Miasta Łodzi w trybie top secret. Czym nie powinni się interesować Łodzianie”, Wyborcza.pl, 23 czerwca 2026.
W tym samym mieście radni składają interpelacje w sprawach skoszenia trawy na polu do disc golfa, przycięcia krzewów czy ustawienia ławek na przystankach. Miasto może więc z jednej strony chwalić się wysokim odsetkiem odpowiedzi, a z drugiej – skutecznie ograniczać realną kontrolę nad ważniejszymi sprawami. Statystyka działa tu jako tarcza: im więcej pism, tym łatwiej udowodnić „jesteśmy transparentni”, nawet jeśli w praktyce dostęp do informacji jest reglamentowany.
Gdy DIP staje się bronią, a nie kluczem
Mechanizm dostępu do informacji publicznej jest w teorii narzędziem obywatelskim. W praktyce jego używanie osiągnęło już karykaturalne formy. Na jednym ze szkoleń dla watchdogów słyszałem otwartą dyskusję, że DIP-y służą coraz częściej pognębieniu urzędników i generowaniu uciążliwości, niż rzeczywistemu pozyskiwaniu informacji.
Widziałem ostatnio wniosek, w którym – w mojej ocenie – sensowne, merytoryczne pytania stanowiły może 10%. Reszta to rozbudowane zestawienia i konstrukcje o absurdalnej złożoności. Niestety, w mediach społecznościowych właśnie takie rozbudowane formy zdobywają największy poklask, choć ich realna skuteczność jest znikoma.
DIP-y w mojej opinii są fetyszyzowane! Element w teatrze pozorów
Prawdziwe, wartościowe informacje są dziś tak dobrze ukryte i rozproszone, że wyłuskanie ich samym wnioskiem o dostęp do informacji jest często niemożliwe lub celowo spowalniane. Osoba, która naprawdę wie, czego szuka, wie też, że DIP-y w poważnych sprawach działają jak alarm ostrzegawczy dla drugiej strony. Zawsze można odpowiedzieć formalnie, ale merytorycznie niczego nie powiedzieć. Przykładem może być sprawa Partnerstwa Publiczno-Prywatnego oraz Łódzkiej Organizacji Turystycznej – podmiotu, który pozostaje poza realną kontrolą.
Czytając odpowiedzi na interpelacje i DIP-y, mam wrażenie teatru pozorów. Pytający dostaje pseudoodpowiedź, wrzuca ją na Facebooka, przez tydzień trwa śmiech albo oburzenie – i po sprawie. I co z tego wynika? Jakieś zawiadomienie do prokuratury czy innej instytucji?
Nie chodzi o to, żeby całkowicie zrezygnować z DIP-ów. Chodzi o to, żeby przestać je traktować jako uniwersalne i wystarczające narzędzie.
Warto przy tym zauważyć, że w wielu przypadkach mówienie o „urzędnikach” i „decyzjach urzędniczych” jest już pewnym uproszczeniem. Coraz częściej osoby, które formalnie pełnią funkcje w urzędach lub spółkach miejskich, nie są klasycznymi urzędnikami. To często biznesmeni, którzy w ten czy inny sposób partycypują w interesach regulowanych przez podmioty, którymi zarządzają lub na które mają wpływ. Cechują się w działaniu logiką typowo korporacyjną, co bywa trudne do pogodzenia z etosem transparentności i służby publicznej.
Obecność w strukturach publicznych bywa dla nich jedynie formą sprawowania kontroli nad danym obszarem rynku. W kluczowych momentach przemawia przez nich logika biznesowa — rentowność, ryzyko biznesowe, „interes spółki” — a nie etos służby publicznej.
Pytanie brzmi: jak wyciągnąć kluczową informację strategiczną od kogoś, kto traktuje każde takie zapytanie jako wrogie działanie na rynku? Ci ludzie śpią spokojnie, bo skala spraw jest tak duża, że ustalenie rzeczywistego mechanizmu decyzyjnego wykracza poza możliwości przeciętnego aktywisty czy radnego.
Czytelniku, nie ganię wyciągania informacji na światło dzienne. Nie krytykuję DIP-ów. To wszystko ma sens, o ile ku czemuś prowadzi. Otwartość informacji dla samej otwartości nie ma sensu, jeśli z tą informacją niczego dalej nie robimy. Otwartość bez użyteczności to tylko kolejny rytuał.
Generatywne działanie, czyli inteligencja bez inteligencji
DIP-y, skargi i interpelacje w masowej skali nie powstawałyby w takim tempie, gdyby nie możliwości generatywnej sztucznej inteligencji. Osoba wrzucająca stosy artykułów i wpisów z Facebooka znajdzie sobie nowy przedmiot do krytyki, ale dziwnym trafem rzadko dociera do mechanizmu, który doprowadził do problemu. Może jest to ograniczenie inteligencji – ale nie tej sztucznej.
W mojej opinii fetyszyzowanie DIP-ów i interpelacji daje przede wszystkim iluzję działania. Polubienia, relacje, „złożyłem interpelację”, „złożyłem DIP”. Prawdziwa presja i realne zmiany wymagają czegoś innego: strategii, follow-upu i gotowości do robienia z informacji użytku – często w ciszy. Być może nawet wbrew idei jawności wymaga także odrobiny przebiegłości.
OSINT z realną oceną informacji daje już na starcie więcej. Jeśli stawiamy hipotezę śledczą i zgodnie ze sztuką oceny informacji będziemy drążyć temat, szybko wyznaczymy kolejne wektory. Jeśli jednak zostawiamy taki wątek bez kontynuacji, to nawet setka kolejnych DIP-ów nic nie da. Widziałem odpowiedzi na interpelacje dotyczące pozornie błahych tematów, które zawierały niewprost kolejne wektory analizy – oczywiście niewykorzystane.
Używam sztucznej inteligencji na co dzień w pracy i do krytycznej analizy. Jednak 100% pomysłu śledczego wychodzi z mojej głowy, a nie z maszyny utwierdzającej w błędach poznawczych. Obserwuję, że coraz więcej osób wrzuca problemy do modelu językowego bez znajomości jego ograniczeń i bez poprawnej metodologii. Zamiast samodzielnie analizować sprawę i budować strategię, generują gotowe pisma, a efekty wrzucają na Facebooka. AI podpowiada gotowe ścieżki: „to pod taką skargę”, „tu skarga do wszystkich świętych”, „napisz interpelację w takiej formie”. Powstaje tsunami generycznych, słabo przemyślanych pism. Urzędy, które i tak działają na granicy wydolności, są zalewane falą spraw bez realnej koncepcji dalszego działania. AI to doskonałe narzędzie do masowej analizy dokumentów oraz konfrontowania własnych wniosków, a nie do bajkopisarstwa.
Efekt? Zamiast precyzyjnej, strategicznej presji mamy szum. Zamiast wyłuskiwania naprawdę ważnych spraw – paraliż przez ilość.
To tylko kolejny objaw tej samej patologii: fetyszyzowania narzędzi formalnych przy jednoczesnym zaniedbaniu tego, co najważniejsze – myślenia o efektach i cierpliwej, często cichej pracy.
Poznacie ich po owocach. Krytykuję nie narzędzie, lecz atrofię myślenia i działania – przekonanie, że samo złożenie wniosku albo interpelacji jest już sukcesem. Sofistyka to straszna choroba.

Wzmacniaj Sygnał
Najlepszym wsparciem jest udostępnianie artykułów i oznaczanie dadalo.pl w mediach społecznościowych. Możesz też wesprzeć finansowo - pokrywa to dostęp do mediów i archiwów prasowych potrzebnych do badań.





